O autorze
Gdyby Likwidator (bohater komiksów Ryszarda Dąbrowskiego) był kobietą, prawdopodobnie byłabym nim ja. Serio! Marzę, by zostać polskim odpowiednikiem Gary'ego Yourofsky'ego. Niestety pomarzyć to jedno, a zrobić drugie. Dlatego jeśli już coś wyważam to słowem, nie siłą, jeśli robię demolkę to pisząc, a nie realnie taranując. Mało spektakularne niestety, więc i efekt końcowy zwykle taki sobie. Ale może kiedyś to się zmieni. Zawodowo od lat związana jestem z mediami, choć czasem żywo ich nie cierpię. Gdy media idą w odstawkę, vege-kucharzę, fotografuję, maluję, majsterkuję. Preferuję minimalizm i ciszę, zamiast wielości i hałasu. Jakość zamiast ilości, szybki chód zamiast morderczego biegu. Lubię widzieć sens w tym, co robię i nie tracić przestrzeni, tak koniecznej by zyskać perspektywę. Wierzę, że można zbawiać świat w skali mikro, codziennie, o każdej porze i w każdych okolicznościach. To kwestia wyboru. Wystarczy chcieć i... działać.

Perfekcyjna pani, perfekcyjny pan, perfekcyjne dzieci, dom i wszystko... Nasze jałowe życie w Matrixie

Perfekcjonizm sprawia, że nasze życie staje się atrapą, a my manekinami na wystawce.
Perfekcjonizm sprawia, że nasze życie staje się atrapą, a my manekinami na wystawce. Flickr/CC2.0_SteveBarstow
W świecie, w którym wszystko jest idealne, czyste, pod linijkę, doskonałe od A do Z, nie ma miejsca na błędy, zagniecenia, nieporządek, ani żaden inny fuck up. W świecie perfekcyjnych pań i panów domu wszystko ma swoje miejsce i czas, wszystko jest dokładnie zaplanowane i zorganizowane. Ma działać jak w zegarku. To świat znakomitej większości współcześnie nam panującej klasy średniej nie mówiąc już o ludziach z „kasty” szczebel lub kilka szczebli wyżej. To jest właśnie Matrix - pułapka w jaką daliśmy się złapać, dążąc do doskonałości.

Dawno temu, bo pewnie będzie tego jakieś ćwierć wieku, ktoś powiedział mi , że dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Oznacza to, że nie można wychować dziecka w czystości i jednocześnie nie zaburzyć go na tyle, by w dorosłym życiu funkcjonował jako niezależna, wolna, szczęśliwa istota. Wydaje się, że musiało minąć te 25 lat, żeby dotarło do mnie, jak ważne i prawdziwe było to stwierdzenie. A wszystko za sprawą niedawnej wizyty u ludzi, zajmujących się wolontaryjnie opieką nad zwierzętami.



Wizyta dotyczyła adopcji psa, ja chciałam adoptować, a oni wydać. Okazało się, że pies przebywa w domu tymczasowym, gdzieś na obrzeżach Mazowsza i trzeba się tam było pofatygować. Dom okazał się piętrowym budynkiem u z pustaka, nieocieplonym i brzydkim. Wokół niego podobnie, oka na niczym ładnym nie dało się zawiesić. To nie było podwórko z wypielęgnowanym trawnikiem, skalniakami, oczkami wodnymi, przystrzyżonymi fikuśnie cyprysami i rzeźbionymi nimfami z bianco carrara. Od furtki witało wchodzących parę płytek chodnikowych rzuconych od tak sobie do drzwi, żeby tylko nie trzeba było chodzić po błocie, gdy popada. Dodatkowo trzy drzewa na krzyż, duży śmietnik i kilka bud dla psów. W środku domu nie lepiej. Parter, a raczej wysokie podpiwniczenie zajęte przez klatki przeznaczone dla psów po zabiegach sterylizacji/kastracji. Obok wydzielone pomieszczenia dla zwierząt, które potrzebują specjalnej opieki lub czasowej separacji od innych domowników. Drzwi od pomieszczeń obdarte z farby, popękane, pogryzione, poklejone dyktą. Pierwsze wrażenie – slams. Strach dotknąć do czegoś z obawy, by się czasami nie przykleić. Wszęchobecny zapach sierści i odgłosy ogromnych emocji objawianych ujadaniem, skamleniem, warczeniem i szczekaniem.

Wobec takich okoliczności, nie zdziwił również widok gospodyń, owego dobytku. Jedna starsza – matka (Pani X), druga młodsza – córka (Panna X), ale stopniem zaniedbania bliźniaczo podobne. Obie przy tuszy, w leginsach, bluzach z polaru, ze stopami odzianymi w skarpety frote i upchniętymi w klapki PCV, z niedbale upiętymi w koński ogon włosami. Zapewne dla psów, które na ich widok dostawały amoku, były to najpiękniejsze i najfajniejsze osoby na świecie, ale dla mnie... Dla mnie stanowiły po prostu spójny element tego małego, szpetnego krajobrazu, w który właśnie wkroczyłam.

Wkroczyłam i pierwsze, co pomyślałam, oprócz tego, by jak najszybciej się stamtąd wydostać, to jak można tak żyć? Ja rozumiem, że zwierzaki, zwłaszcza gdy jest ich dużo, że brudzą i że trzeba by wiele pracy, by utrzymać wszystko w jakichś ramach, ale co innego schronisko, a co innego własny dom. Patrząc z punktu widzenia nie zwierzaka, ale człowieka, niezrozumiałe było dla mnie, iż te kobiety pozwoliły, aby ich dom zamienił się w taki właśnie przytułek. Ponieważ nie rozumiałam, a chciałam zrozumieć, choćby z tego względu, by dowiedzieć się, dlaczego ja nie idę w ich ślady, skoro uważam się za taką prozwierzęcą, za to bronię kurczowo domowej prywatności i z nią związanych ładu i estetyki, zapytałam wprost właścicielki tej posesji, dlaczego robią to, co robią i dlaczego pozwoliły zamienić swój dom w jedno wielkie przytulisko.

- To nie tylko kwestia domu – podjęła temat starsza z kobiet, na oko czterdziestoparoletnia. - To kwestia zmiany całego życia i myślenia. Psy uratowały mi życie i nie mam zamiaru teraz przejmować się takimi pierdołami, jak zadrapania na posadzce czy zjedzone drzwi. Ja dzięki psom żyję, a one mają żyć i to żyć zdecydowanie lepiej niż dotychczas dzięki mnie. Wierzę, że póki ja robię coś dla nich, one będą dbać o mnie. Jak na razie ta strategia doskonale się sprawdza.

Ponad 8 lat temu Pani X dowiedziała się, że ma raka. Złośliwy jak cholera. Na skutek walki z nim, X straciłą pierś, wycięto jej też większość zaatakowanych przez nowotwór węzłów chłonnych oraz pół wątroby. Dodatkowo X doznała głębokich poparzeń podczas radioterapii. Lekarze nie dawali jej wielkich szans na wyzdrowienie, a jednak...

- Dziś mija sześć lat od momentu zahamowania rozwoju nowotworu i jak na razie brak jakichkolwiek nawrotów – opowiada Pani X. - Moim zdaniem, to dzięki temu, że zaczęłam zajmować się bezdomniakami, że zatroszczyłam się o tych, którzy byli niejednokrotnie w gorszych tarapatach niż ja. Ja ratuję je, a one swoimi sposobami wymadlają mi kolejne dni, tygodnie, lata życia. Ja naprawdę nie miałam szans z tego raka wyjść – twierdzi X. - A jednak żyję. Dla mnie to dowód, że coś mam jeszcze na tym świecie do złatwienia.

Panie X dokonują około 200 adopcji rocznie, co oznacza, że niemal każdego dnia są w trasie. Domów dla zwierzaków szukają bowiem w całej Polsce, a także za granicą. Osobom spełniającym wymogi adopcyjne gotowe są dowieźć zwierzę nawet na drugi koniec kraju. Domów szukają jednak i tak poza miastem, w którym mieszkają, bo jak twierdzą: „tutejszym „elitom” społecznym nie powierzyłyby pod opiekę nawet muchy, a co dopiero wyżej rozwinięte istoty.

- Tu mieszkają ciemni ludzie – twierdzą. - Oni psa użytkowo traktują, albo na łańcuchu całe życie, albo jak chory, to „sam się wyliże”. Przeciwnicy kastracji czy sterylizacji, wolą pogrzebać miot żywcem, niż poddać zwierzę zabiegowi. My takim dziękujemy. Już wolimy pięćset kilometrów dalej pojechać, ale znaleźć dom, w którym do podobnych absurdów dochodzić nie będzie, niż oddać, byle komu i potem patrzeć, jak zwierzę się męczy.

Słuchałam i gapiłam się na te kobity z coraz większym zdziwieniem i podziwem jednocześnie. To jednak co mnie w nich najbardziej urzekło to... ich spokój i radość. Te dwie cechy niemal biły od nich jasnym blaskiem... spokój i radość. To właśnie wtedy mnie olśniło:

„Należy zabić perfekcyjną panią domu!”.

Olśniło mnie, pewnie podobnie jak niegdyś naćpanych LSD hippisów, ale darowanemu przebudzeniu w zęby zaglądać nie będę. A w tym olśnieniu pojawił się obraz tych wszystkich zmarnowanych szans, żyć, okazji, wolnych, głębokich oddechów i szczerych roześmiań się, tych nieskrępowanych niczym zachwytów na cześć poranków i pełnych wdzięczności afirmacji na wieczór... a wszystko to przez to pieprzone porządnictwo, czyściochowatość, układność, pucowanie, prasowanie wszystkiego w kancik, układanie pod linijkę, według ściśle wytyczonych reguł i ścieżek.

Ile życia poświęcamy i podporządkowujemy temu polerowaniu i picowaniu, siebie, wnętrz, związków?

Ile minut wcześniej musisz wstać, żeby dokonać tych doskonałych kresek podkreślających kontur oczu czy ust, ile później czasu spinasz pośladki, by czasem ten twój perfekcyjny make up nie rozleciał się w nadmiarze niepohamowanych emocji, z powodu kanapki z niesfornym majonezem lub niesprzyjającej aury. Ile czasu poświęcasz na prasowanie swoich spodni w kant, a potem na kontrolę sytuacji, która by ci tego kancika bezlitośnie nie zdeformowała?

A to pucowanie odpicowanych na biały połysk wnętrz twojego domu? A te paproszki na stole, które spadły i wbiły się w kremowy dywan, a te zacieki na szklankach po myciu zmywarce (skandal, co to za zmywarka?!!!), a ten zmechacony sweterek z kaszmiru, a ta wyżarta przez mole dziura w skarpecie (mole w rezydencji?!!!), albo ta mikro rysa na karoserii twojej beemki​? Ile czasu poświęcasz zamartwianiem się o takie pierdoły?

To niesamowite, ile znam kobiet, które twierdzą, że bez makijażu nie wychodzą z domu, co więcej mają problem pokazać się saute własnemu mężowi? Ile widziałam kłótni i rodzicielskiej agresji wobec dzieci, gdy te naruszyły niepisane zasady perfekcyjności, bo albo zżarły piasek z piaskownicy, albo postanowiły wylizać podłogę, albo złapały fazę na robienie w domu lamperii z masła. Krzyki, bicie, rozpacz, z powodu tego, że osesek w czymś się utytłał. To naprawdę gra warta świeczki?

Mam wrażenie, że cały fioł i osobista tragedia wszystkich Adasiów Miauczyńskich jakich miliony produkuje codziennie nasza kultura, bierze się pośrednio lub bezpośrednio z kulturowo zmyślonych manier i estetyk higieniczno-porządnickich. Wpatrzeni jak w obrazek , jak w guru i mentorkę w Martę Steward Od Nieskalanej Serwety i jej podobne Święte, nie dostrzegamy, jak zmyślnie umacniają w nas one nasze składowe perfekcyjnej nerwicy natręctw, która przesłania nam wszystko inne.

Bzdura? A ile razy oczko, które poszło w rajstopach, wymięta koszula, wybebeszona przez czworonoga poduszka, krzywo zrobiona eyelinerem kreska, zepsuła Ci dokumentnie kawał dnia?

Czy to nie dziwne, że takie błahostki potrafią wpływać na nasz nastrój, wywołać kłótnię, pozbawić nas animuszu, zachwiać naszym poczuciem wartości, wpłynąć na nasze decyzje?

Jeśli takie rzeczy wpływają na nasze wybory i decydują czy dać klapa dziecku, czy stłuc psa, pozbyć się kota, pokłócić się z żoną, to śmiem twierdzić, że sprawa staje się gruba. Bo jeśli bardziej niż żywe stworzenie cenimy sobie rzeczy, to chyba jednak coś z nami nie tak, a na pewno gdzieś szwankuje nasze odczuwanie i nasz system wartości, nie mówiąc o zdrowiu psychicznym.

Umiłowanie symetrii, porządku, ładu stało się kagańcem i więzieniem, klatką dla naszych prawdziwych uczuć, emocji, naszych marzeń, wartości.

Układając w szafce perfekcyjnie ręczniki, robimy sobie autolobotomię i to kompletnie tego procesu nieświadomi.

Nie, nie... nie jestem zwolenniczką brudu, smrodu, kiczu i chaosu, choć przyznam, że pewnie ciekawszą byłaby dla mnie trupia farma, niż wnętrze domu Marty Steward.

Widzę jednak w jakie ramy wpycha nas wychowanie w kulturze „wyjałowionego czyściocha”, jaką wodę z mózgu nam robi i to wszystko budzi mój sprzeciw.

Kultura czyściocha, wyjaławia nas z humanitarności. To ona usprawiedliwia moich znajomych, którzy po 7 latach postanawiają pozbyć się psa, bo się zestarzał i stracił na image'u. Wymienią go na młodszy, lepszy model, tak jak swoją drogą kanapę za 12 tys., która nagle przestała kolorystycznie pasować do ich dopracowanego w najmniejszych szczegółach wnętrza. Mam nadzieję, że pierwsza arytmia, która im się przydarzy, uświadomi tym znajomym, że nie wszystko mogą kontrolować i nie wszystko w życiu zawsze będzie chodzić jak w zegarku i po ich myśli.

W sumie, jak by się chwilę zastanowić, to trzeba przyznać, że perfekcyjni ludzie po prostu są paskudni. To zresztą bardziej atrapy niż ludzie.

Perfekcjonizm jest bezwzględny i chory. Może dlatego też, ostatecznie Panie X, będące zaprzeczeniem doskonałości, wydały mi się ostatecznie piękne i sympatyczne, bo całkowicie autentyczne.

Może też dlatego, po spotkaniu z nimi wróciłam do domu z planem morderstwa. Perfekcyjna pani domu musi zniknąć - obiecałam sobie. Od kilku dni proces utylizacji trwa.
Trwa ładowanie komentarzy...