O autorze
Gdyby Likwidator (bohater komiksów Ryszarda Dąbrowskiego) był kobietą, prawdopodobnie byłabym nim ja. Serio! Marzę, by zostać polskim odpowiednikiem Gary'ego Yourofsky'ego. Niestety pomarzyć to jedno, a zrobić drugie. Dlatego jeśli już coś wyważam to słowem, nie siłą, jeśli robię demolkę to pisząc, a nie realnie taranując. Mało spektakularne niestety, więc i efekt końcowy zwykle taki sobie. Ale może kiedyś to się zmieni. Zawodowo od lat związana jestem z mediami, choć czasem żywo ich nie cierpię. Gdy media idą w odstawkę, vege-kucharzę, fotografuję, maluję, majsterkuję. Preferuję minimalizm i ciszę, zamiast wielości i hałasu. Jakość zamiast ilości, szybki chód zamiast morderczego biegu. Lubię widzieć sens w tym, co robię i nie tracić przestrzeni, tak koniecznej by zyskać perspektywę. Wierzę, że można zbawiać świat w skali mikro, codziennie, o każdej porze i w każdych okolicznościach. To kwestia wyboru. Wystarczy chcieć i... działać.

Pięciolatka pilnie oddam. Tylko w dobre ręce. Tylko poważne oferty. Aha... i do zobaczenia w piekle

Postaw za tymi kratami dziecko najlepiej własne, a potem szastaj argumentami: nowa praca, wyjazd służbowy, alergia, brak czasu... tam będzie mu lepiej, nie mam innego wyjścia... Czujesz jak kretyńsko brzmią twoje usprawiedliwienia?
Postaw za tymi kratami dziecko najlepiej własne, a potem szastaj argumentami: nowa praca, wyjazd służbowy, alergia, brak czasu... tam będzie mu lepiej, nie mam innego wyjścia... Czujesz jak kretyńsko brzmią twoje usprawiedliwienia? Fot. Flickr/cc2.0/Olga Kay
Mam do oddania 5-letniego chłopca. Nauczony czystości, grzeczny. Zostawiony sam w domu nie płacze. Nie niszczy zabawek, nie jęczy, nie kwęka. Karny, spokojny, zna swoje miejsce. Generalnie mało uciążliwy. Niestety moja sytuacja życiowa (wyjazd za granicę, zmiana pracy i mieszkania) plus dodatkowo mój nowy życiowy partner, uczulony na obce dzieci, zmuszają mnie do oddania Pawełka. Robię to z bólem serca, dlatego szukam dla niego dobrego domu i odpowiedzialnych opiekunów. Nie chciałabym, aby trafił do Domu Dziecka, ale też nie chcę, żeby się męczył, żyjąc z nami. Zainteresowanych adopcją proszę o telefon. Odpowiem tylko na poważne oferty. Nie odpowiadam na SMS.

Za każdym razem, gdy widzę takie ogłoszenia w internecie, a codziennie znajduję ich i to zupełnie nowych, przynajmniej kilkanaście, choć przypuszczam, że przy wnikliwym szukaniu idzie to raczej w setki, czytam je dokładnie tak jak powyżej, czyli tam gdzie jest słowo pies, kot, zamieniam na dziecko, dowolnej płci i czytam raz jeszcze. Bo tak właśnie winno się czytać ogłoszenia, dotyczące oddawania zwierząt domowych.



Ogłoszenie na OLX.PL, październik 2015:

Z powodu przeprowadzki pilnie oddam w dobre ręce młodego amstaffa. Jest z nami od szczeniaka, ale niestety właściciele obecnego mieszkania nie pozwalają trzymać psa.
Pies nie posiada rodowodu. Toleruje dzieci i inne zwierzaki. Mamy trzy letnią córeczkę i wychowywał się przy niej. Nie jest agresywny i lubi się bawić. Pies nie ma jeszcze skończonego roku. Jest po wszystkich potrzebnych szczepieniach. Zdrowy. Posiada książeczkę zdrowia.
Kupiony z hodowli w Markach. Z żalem oddam w dobre ręce. Żeby ktoś kochał to tak jak my.

Nie łudźmy się przy tym, że są to dramatyczne przyczyny. Zwykle zwierzak zwyczajnie się ludziom znudził, albo przestał być pociesznym szczeniakiem, albo pogryzł ulubioną kanapę pana, albo okazał się ciapą, a miał być psem mordercą, albo dzieciak nie chce z nim wychodzić na spacer jak obiecywał, więc trzeba nauczyć dzieciaka odpowiedzialności, a zatem psa sruuu i tyle.

Ale oczywiście udramatyzować sytuację w ogłoszeniu trzeba. Najczęstszym dziś argumentem rozgrzeszającym proceder oddania zwierzaka, jest według właścicieli czworonogów alergia (najlepiej dziecka, bo wtedy nikt nie zechce dyskutować, z tak przekonującym powodem, wszak dziecko zamyka usta wszelkim dziwakom z gatunku obrońcom zwierząt).

Kolejny powód – wyjazd za granicę.

Inne równie popularne to: częste wyjazdy służbowe (pies długo zostaje sam w domu i się męczy), przeprowadzka do wynajmowanego mieszkania („właściciele nowego mieszkania nie godzą się na psa”), zmiana mieszkania na mniejsze (pies już się nie zmieści), zmiana mieszkania na większe (mieszkanie z eksluzywnymi meblami na kredyt, którym kot może zagrażać uszczerbkiem na exkluzivie).

Ogłoszenie na OLX.PL, październik 2015:

Oddam psa w dobre ręce najlepiej do domu z ogrodem. Wabi się Kuba. Wychowuje się z 3 letnim dzieckiem. Jest do WSZYSTKICH przyjaźnie nastawiony. Nie gryzie, nie warczy, rzadko szczeka - raczej tylko wtedy gdy jest podekscytowany :) Bardzo lubi biegać, jest żwawy - nie wykazuje oznak "starszego psa" : Niestety jestem zmuszona go oddać, gdyż przeprowadzam się do mniejszego mieszkania więc pies by się męczył.W celu uzyskania większej ilości informacji proszę pisać na maila, sms, lub dzwonić.


Wszystkie argumenty wysuwane raźnie przez właścicieli czworonogów, które mają niejako uzasadniać ich decyzję o pozbyciu się zwierzaka, nabierają zupełnie innego kolorytu, gdy w miejsce psa czy kota wstawimy jakiegoś osobnika z gatunku homo sapiens. Niech to będzie dziecko, ale może także być osobnik dorosły lub senior, czyjaś matula lub ojczulek, jakaś babcia czy dziadek na wydaniu, którzy stają się im kulą u nogi, jakimś kłopotem. A nie daj, Boże, przeszkadzają im w dalszym rozwoju, podcinają im skrzydła, ograniczają ich swobodę, do której przecież dziś tak cholernie wszyscy mają prawo.

Dlaczego nie uważam, że taka zamiana szczeniaka na dzieciaka, kota seniora na babcię czy dziadka jest swego rodzaju przegięciem, bo przecież „jak można wymiennie psa z człowiekiem”, itp., itd. ?

Ogłoszenie na OLX.PL, październik 2015:

Pilnie oddam psa z powodu śmierci męża.


Ano dlatego nie uważam, bo wyznaję raczej ten pogląd, że pies czy kot nawet bardziej niż dziecko, które z czasem przecież uzyskuje pewną dozę świadomości i przebiegłości w lokowaniu uczuć, na poziomie psyche przeżywa porzucenie albo raczej wyrzucenie go z rodziny. Przeżywa to niemal równie traumatycznie jak traumatyczne wydaje się zderzenie istoty żywej z rozpędzoną ciężarówką.

I w zależności od kondycji psychicznej zwierzęcia albo odchorowuje ono taką sytuację depresją, albo popadnięciem w obłęd, albo agresją lub somatykowaniem (to czego nie jest w stanie udźwignąć psychika przejmuje ciało, reagując chorobą). Jedne zwierzaki z czasem, jak im się dobrze trafi, po długim czasie, który ponoć leczy rany, zaczną wychodzić z traumy. Inne jednak nie wrócą do normy nigdy. Jeszcze inne czeka seria takich zaufań i odrzuceń, aż w końcu na starość hycel wepchnie je za kraty schroniska, gdzie nikt już na nie nawet nie spojrzy, bo przecież są stare i schorowane.

A kto by chciał starego i schorowanego kocura, kto by chciał sukę babunię. Nie dość że to to wymaga leczenia, to jeszcze i brzydkawe i pochwalić się nie ma czym, i z kim pobiegać nie ma (a dziś wszyscy przecież biegają). No a najgorsze, że człowiek by mógł się do takiego przywiązać i co wtedy? Zdechnie Ci zaraz i będzie bolało, będzie smutno. „O, nie, mój terapeuta kazał mi się przecież wystrzegać negatywnych emocji. Mam zbyt wiele stresu na co dzień, żeby fundować sobie tak silnie negatywne przeżycia”.

Dlatego wszystkim, którzy oddają swoje zwierzaki najchętniej powiedziałabym:

Dlaczego oddajesz psa, skoro on był pierwszy, a dziecko z alergią pojawiło się później? Chcesz kogoś oddać oddaj dzieciaka. Jak to? Ano tak to. Skoro nie widzisz bezeceństwa w pozbywaniu się członka swojej rodziny, to nie powinno Ci robić różnicy, który to. Zapewniam, że ten, którego teraz próbujesz się pozbyć, będzie cierpiał równie mocno, jeśli nie bardziej, niż ten drugi dwunożny osobnik, z powodu którego pozbywasz się pierwszego”.

Nie łudź się, że pies trafi w dobre ręce. Jak możesz te „dobre ręce” ocenić? Po jednej rozmowie telefonicznej, a może po jednym spotkaniu z przyszłym właścicielem, który zapewni Cię, że będzie psa dobrze traktował. Przyznaj się, oddasz go każdemu, kto zrobi na tobie dobre wrażenie, wrażenie, które uciszy wyrzuty sumienia (podskórnie bowiem przecież dobrze wiesz, że zachowujesz się jak łajdak, jak mały nędzny, wygodny skurczybyk). Tak, tak będzie to wszystko Cię trochę bolało, tak nawet zrobisz z siebie męczennika ze złamanym sercem, ale masz przecież mocne „alibi”, mocne argumenty przemawiające za takim działaniem, więc szybko przełkniesz tę gulę. Może z czasem pocieszysz się nawet innym psem, zwłaszcza wtedy gdy za parę lat alergia dziecka na sierść minie lub okaże się w ogóle uczuleniem na orzeszki ziemne.

Może gdy twój dzieciak będzie miał 16 lat, jego terapeuta wmówi mu, że ma uczulenie na ciebie i wtedy pies okaże się twoim najlepszym towarzyszem, ale to już zupełnie inna historia.

A tymczasem, gdy ty będziesz sobie żył w najlepsze po pozbyciu się zwierzaka, ten będzie cierpiał całym sobą, kompletnie nie pojmując jak i co się mogło stać, że nagle stracił rodzinę i dom, mimo że przecież niczym, ale to niczym nie zawinił".

Dlatego mam nadzieję, że wy wszyscy, którzy z byle powodów (a za takie uważam wszystkie te, które nie stanowią absolutnego, bezpośredniego zagrożenia życia) pozbywacie się zwierząt, będziecie smażyć się w piekle. Byłabym też w pełni usatysfakcjonowana, gdybyście jeszcze za życia doświadczyli podobnego losu, jaki właśnie fundujecie swoim zwierzakom.

Gdybym była wierząca, pewnie już dziś wysłałabym w tej sprawie petycję do Pani/Pana Boga, ale nie jestem, więc pozostaje mi warczenie i piana na pysku, oraz nadzieja, że karma wraca.

Tymczasem jednak chowając wściekłość w rękaw, postanowiłam napisać do jednej właścicielki cudnego, młodego czekoladowego psiaka w typie border collie, z nadzieją, że może uda mi się zapobiec dramatowi.

Pani ogłosiła, że z bólem serca odda psinę w dobre ręce, bo praca jednak nie pozwala jej być z psiakiem tak często jak powinna. Pies całe dnie siedzi sam w domu i się męczy, a ona zbyt często musi wyjeżdżać służbowo więc: „tak dalej nie ma sensu... Choć serce mi pęka, muszę go oddać”.

Wiadomo, że ogłoszenie zadziałało na mnie jak czerwona płachta na byka, ale mając już przykre doświadczenia w pozornej walce o zwierzaki, kiedy budowałam własną świętość na ich losie, nic w tym kosie nie zmieniając (patrz mój poprzedni wpis na blogu). Teraz postanowiłam do Pani Małgosi, bo tak miała na imię właścicielka „czekoladowego”, napisać taki oto list:

„Szanowna Pani Małgosiu,
skoro pisze Pani, że serce się Pani kraje w związku z decyzją, o oddaniu psiaka, może pomoże pani rozważyć ją jeszcze moja własna historia.

Powiem Pani, że ja dla swojego psa rzuciłam intratną pracę w korpo, uznając że mogę w sumie zarabiać pięć razy mniej, ale za to spędzać więcej czasu, ze swoim fantastycznym kundlem, niż zarabiać krocie, tylko... w sumie po co?

Niestety nagłe obniżenie statusu finansowego oznaczało także konieczność pozbycia się kredytu, którego z płacy minimalnej spłacić by się nie dało, a zatem także konieczność sprzedaży mieszkania w Warszawie i wyniesienia się ze stolicy i to na tyle daleko od niej, by po spłacie banku, stać mnie było na jakąś kawalerkę.

Udało się ją znaleźć 35 km poza stolicą. Cóż wyniesienie się z nowego, zamkniętego osiedla w Wawie, do kawalerki i to nie w blokach lecz w familokach, to znaczne obniżenie standardów. Ale pies był zadowolony, więc i mnie nie wypadało narzekać :)

Kiedy jednak okazało się, że mój czworonóg jest chory, a moje dojazdy do nowej pracy w stolicy, oznaczają, że pies zostaje sam na 10-11 godzin, musiałam pomyśleć o przekwalifikowaniu się, by móc pracować bliżej domu. Podobnych „wyrzeczeń” i zmian z powodu psa w ostatnich siedmiu latach dokonałam jeszcze wiele.

Dziś on już jest staruszkiem, bo gdy brałam go ze schroniska miał już za sobą jakieś 6-7 lat życia, i wylądowaliśmy razem w lesie, w małym domku z ogródkiem, gdzie zarówno on jak i ja czujemy się szczęśliwi. Nigdy w życiu nie myślałam, że będę miała swój domek z ogródkiem.

A teraz? Nie wiem jak to się stało, ale całą serię dobrych wyborów zawdzięczam jemu. Te wybory sprawiły, że dotarłam do miejsca, kiedy nie dość, że nie mam na głowie żadnego kredytu, nie dość, że nie muszę 90 proc. czasu spędzać poza domem zarabiając, jak dziki osioł, to jeszcze mam własny dom, kumpla, spokój ducha i nie przymieram głodem.

To fakt. Nie udało mi się zrobić spektakularnej kariery, nie wpisałam się na tablicę szczęśliwców, którym udało się zarobić „ich pierwszy milion”, HR-owcy nie zabijają się o mnie oblegając mój profil na Linkedin, a kiedy miałam okazję wzbogacić się, rozwijając interes za granicą, co jednak wymagałoby rozstania z moim czterołapem, posłałam interes do diabła. Dodatkowo zawsze, ale to zawsze od kiedy mam psa, muszę spać w poprzek w moim własnym łóżku lub negocjować tę durną kwestię właśnie z nim i to kilka razy w ciągu jednej nocy.

Mimo to powiem jedno: niczego nie żałuję. Wiem, że to dzięki niemu właśnie siedzę dziś na ganku swojego domu, popijam herbatę i czytam dobry skandynawski kryminał, ciesząc się z obecności najwierniejszego z wiernych (tak wiem, pewnie by mnie sprzedał za kawałek kiełbasy, ale potem na pewno by tego żałował), a nie leczę wrzody na oddziale gastrycznym w jakimś zapyziałym szpitalu. Jestem szczęśliwa i dlatego wiem, że warto stanąć na głowie i zawalczyć o czworonożnego przyjaciela.

Nigdy bowiem nie wiemy, po co i dlaczego pojawił się on w naszym życiu, choć ja osobiście wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu. Być może właśnie pojawił się, by skłonić nas do zmian, by pokazać nam drogę do naszego własnego życia, by zawrócić nas z manowców. Owszem, decyzje jakie jego obecność na nas wymusza, mogą wydawać się straszne, ryzykowne, szalone, bo może właśnie trzeba zmienić pracę, miasto, partnera, przyzwyczajenia, status materialny. Ale kto powiedział, że to oznacza zmianę na gorsze?

Może to właśnie nasza furtka do lepszego życia, do życia w ogóle.”


Przyznam szczerze, że po tych moich wypocinach, nie spodziewałam się żadnego odzewu. A jeśli już, to raczej jakiegoś wyrazu złości, że umoralniam, że wtrącam się w sprawy, o których nie mam pojęcia. A jednak właścicielka Czekoladowego odpisała:

„Jestem w szoku po tym, co Pani napisała. Od dawna chciałam coś zmienić w swoim życiu. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Jeszcze przed wiadomością od pani, umówiłam się na niedzielę z kobietą, która twierdzi, że zakochała się w moim psie i chce go ode mnie wziąć. Do niedzieli jeszcze pięć dni. Muszę się zastanowić, coś zdecydować. Nie wiem co zrobię, ale ważne, że są jakieś opcje, chyba są... M.”

Ostatecznie i ja nie wiem, co zdecydowała Pani Małgosia i jak dalej potoczyły się losy jej psa. Niedziela minęła, a ona się nie odezwała. Wiem tylko, że na drugi dzień po moim liście do M. :) ogłoszenie zostało zdjęte z portalu ofert „oddam zwierzaka”.

Mam nadzieję, że Czekoladowy został przy swojej Pani, a ona może cieszyć się jego obecnością i lojalnością, i nie żałuje szansy, którą sobie i jemu dała. Skoro jednak się nie odezwała, obawiam się, że wybrała inaczej.

A jeśli tak to... cóż? Również pozostaje mi ufać, że psiak faktycznie trafi do kogoś, kto go pokocha i już nigdy w życiu tak sromotnie nie zawiedzie.

A Pani Małgosi, mogę powiedzieć jedynie: „Do zobaczenia w piekle”. Bo, że ja tam trafię nie ma wątpliwości. Jeśli nie trafię tam za zadzieranie nosa i nieustanne wytykanie innym źdźbeł w oczach, przy gruntownej ślepocie na belki we własnych gałach, to zatrudnię się tam osobiście jako palacz. I będę dokładać drew do ognia pod kotłami ze smołą tych wszystkich „szlachetnych inaczej”, tak gorliwie i z zaangażowaniem, by się pod nimi hajcowało teraz i do końca świata.

Ogłoszenie na OLX.PL, październik 2015:

Pilnie szukam osoby do zaopiekowania się i przygarnięcia 4-letnią sunię, od szczeniaka wychowana w mieszkaniu w bloku, jest spokojna, niczego nie niszczy, przyjazna. Jestem w ciąży i okazało się że jestem uczulona na sierść, dlatego jestem zmuszona oddać sunię w dobre ręce.
Trwa ładowanie komentarzy...