Przygarnę psa, oddam człowieka czyli dlaczego piekło jest pełne szlachetnych homo sapiens

Bo dziecko ma alergię, bo nie ma mnie w domu, bo wyjeżdżam zagranicę, bo miał być mały, bo urósł, bo... bo zupa była za słona, bo ten bachor wciąż się darł, bo prowokowała, bo sam się prosił, by dostać...

Pierwszy sort to argumenty, jakie najczęściej padają, z ust tych, którzy pozbywają się zwierząt. Te drugie, stosują ludzie, którym się wydaje, że mają władzę nad innymi ludźmi. Oprócz obiektów lekceważenia i agresji różnic brak. Dlatego właśnie akceptując, postawę braku szacunku wobec psa, tak naprawdę przyzwalasz na bicie kobiet, na molestowanie dzieci, na poniżanie mniej sprawnych, itp. Przyzwalasz na zło. A zło lubi się przybierać. Jedną z jego ulubionych kreacji jest wdzianko szlachetności.



Szukając kompana dla swojego starszego psa, przeglądam ostatnio wiele różnych ogłoszeń związanych z adopcjami zwierząt. Ktoś, kto tego wcześniej nie robił, z pewnością będzie w szoku, gdy zobaczy jak wielka jest skala zwierzęcej bezdomności w naszym kraju i jednocześnie jej drugi biegun – skala ludzkiej bezmyślności. Na pierwszym biegunie, tysiące zwierząt, szuka domów, tysiące traci te domy w każdej sekundzie i w niewybredny sposób, a kolejne tysiące mieszka w czymś, co domem nie sposób nawet nazwać.

Na drugim, znajdują się ludzie, przez których los zwierząt tak właśnie wygląda. To ci, którzy rozmnażają zwierzaki dla zysku lub z ciemnoty (suka musi rodzić, a pies bez jajek to kaleka nie pies), fundują je dzieciom do zabawy, nastolatkom dla poprawy animuszu, sobie do obrony posesji. Stałą cechą tej relacji człowiek-zwierzę, jest to, iż zwierzę jest w niej traktowane jak rzecz.

Rzecz nie czuje, nie ma osobowości, więc można ją wyrzucić, gdy się zepsuje lub znudzi. Rzecz w tym niestety, że zwierzę rzeczą nie jest. Co zmienia ta świadomość? Ano to, iż podobnie jak ludzie zwierzęta mają charakter. Są takie, które nie lubią dzieci, są groźnie wyglądające a bez cienia agresji, milusińskie z wyglądu, ale przy pierwszej okazji chętnie wydrapią ci oczy. Są zwierzęta znerwicowane, bojaźliwe, są odważne, ale i takie z ADHD lub totalne ciapy. Są wśród nich prawdziwe Angeliny Jolie i prawdziwi Quasimodo. Jest też mnóstwo, ale to mnóstwo przeciętniaków, którzy w ogóle nie przyciągają niczyjej uwagi, co niekiedy jest z korzyścią dla nich, a niekiedy wręcz przeciwnie.

Traktowanie zwierzaków jak rzecz, nikogo w sumie nie urządza, a mimo to ciemnogród kwitnie.

I niby wiadomo, że trzeba by być kompletnie pozbawionym wyobraźni, sądząc, że wszystkie jelonki to Bambie, słonie to słodkie Dumbo, a bullteriery to krwiożercze bestie, wypatrujące okazji by przegryźć komuś tętnice, a jednak przeglądając w internecie ogłoszenia związane z adopcjami psów, mam wrażenie, że ilość ludzi bez wyobraźni to plaga.

Na jednym z portali ogłoszeniowych czytam wpis właścicielki pięknego czekoladowego psiaka w wieku 1,5 r. Pani pisze:

„Z bólem serca, ale niestety muszę oddać swojego psa. To dla mnie naprawdę trudna decyzja, ale częste wyjazdy służbowe, sprawiają, że nie mogę się nim należycie zajmować. Pies po 12 godzin siedzi w domu sam i widzę, że się męczy. Dlatego zmuszona jestem go oddać? Ale oddam go tylko w dobre ręce. To naprawdę kochany, grzeczny, bardzo mądry i wesoły psiak. Jest zdrowy i całkowicie zapatrzony w człowieka. Dodatkowo lubi dzieci i inne psy”.

Czytam i myślę najpierw: „Odbiło babie. Ma psi ideał i chce go oddać?”. Ale potem przychodzi innego typu refleksja.

W porównaniu z poprzednimi wpisami na tym samy serwisie, gdzie wolontariusze schronisk dla zwierząt opisują takie przypadki: „przywiązał sukę ze szczeniakami do drzewa w lesie i zostawił”, „pies odebrany parze adoptujących interwencyjnie – po 5 miesiącach z wesołego, kontaktowego, pięknego psiaka, zrobili psa widmo. Zagłodzili i zniszczyli psychicznie, tak że ten boi się własnego cienia”, „udało się nam uratować jednego z dwóch podwórkowych psów, jego towarzysz niedoli niestety umarł z głodu i ran po uderzeniach łopatą”.

Nie, no po tym tam, ta pani od czekoladowego, to wręcz anioł. Nawet nie ma co porównywać jej z jakąś skrajną patologią. W końcu ona ani nie wyrzuciła psa z samochodu, mimo że okazji jej nie brakuje, bo jak przecież wspomina w ogłoszeniu, podróży służbowych ma w bród. Nie przywiązała go też do jakiegoś drzewa w środku lasu, nie zagłodziła, nie otruła, nie dała do uśpienia, co przecież jest nagminne, gdy zwierzę staje się dla właściciela kłopotem.

Co więcej pani ładnie o psinie pisze i jeszcze jej się serce kraje, że musi go oddać. Nic tylko dać pani medal, bo wygląda na to, że los psa przedkłada ona nad swoje zadowolenie (woli pocierpieć ona niż ma cierpieć pies, czekając na kolejny spacer z nią przez pół dnia).

Prawda, jakie szlachetne?

Niemal tak jak u pewnych znajomych, którzy nabyli swojemu nastoletniemu już potomstwu golden retrievera. Potomstwo chciało więc nabyli w pełni rasowego, z papierami. Biedy nie klepią, stać ich nawet na stado rasowych psów. Rzecz w tym, że póki pies był mały, to jeszcze pół biedy, ale jak urósł, to zaczęły się problemy. A to im uciekł, a to rozkopał artystycznie wypielęgnowane grządki, a to obsikał tuje, wykąpał się w oczku, przyprawiając o zawał serca wszystkie koi i zrobił kupę na podjeździe do garażu. Skandal!

Poza tym dzieci wyjechały na studia i kto ma się nim zajmować? W końcu ten pies ich miał być, a nie państwa rodziców. Którym teraz sprawia taki kłopot. Ostatecznie w ramach rozwiązania problemu, wybudowano psu kojec metr na dwa i pół, wstawiono w nim budę i... zapomniano o psie.

- Nie ma źle – twierdzą państwo rodzice. - Dostaje jeść, pić, ma dach nad głową, czego chcieć więcej?

Czasem nawet państwo przechodząc obok kojca i pogłaszczą goldena po łbie. Normalnie żyć nie umierać!!! Mimo to, zapytałam ich kiedyś, dlaczego psa nie oddadzą komuś, kto go pokocha i będzie czerpał radość z przebywania z nim. Ależ mnie objechali wzrokiem. Mieszanka pogardy i oburzenia. Jak mogę im zadawać takie pytania?!

- Członków rodziny się nie oddaje – usłyszałam w odpowiedzi.

Szlachetne, znów to szlachetne.

Nie wiem dlaczego, ale jak słyszę takie szlachetne tłumaczenia, dostaję piany. Dlaczego wkurzają mnie bardziej pozory dobrego zachowania, niż jawne okrucieństwo? Być może dlatego, że z jawnym można walczyć. Psychopata, złapany na znęcaniu się nad zwierzęciem może zostać ukarany karami zapisanymi w prawie. Dentysta zabijający dla zabawy lwa, długo będzie czuł oddech sprawiedliwości na ramieniu i to raczej oddech samosądu, niż tej „s” w białych rękawiczkach.

Zawsze łatwiej walczyć z jawnym złem, niż tym zakamuflowanym, ubieranym w rozmaite kolorowe fatałaszki i przykrywanym spolegliwością. Poza tym podłość owej szlachetności dodatkowo potęguje świadomość, że wyrządzając zło, ów szlachetny, zapewnia sobie tak naprawdę sen sprawiedliwego, bo pozory dobroci, pozwalają mu umyć ręce od własnej niegodziwości.

Dlatego też zapytałam owych znajomych, czy ich zdaniem członków rodziny zamyka się w klatce i czy bycie członkiem rodziny oznacza zapewnienie dachu nad głową i pełnej miski, bo jak tak, to współczuję ich dzieciom, choć patrząc na to jak olały one swojego psa, śmiem twierdzić, że są równie szlachetnymi ludźmi jak ich rodzice. Oczywiście, po takiej mowie straciłam znajomych. Bo jak śmiem ich, szlachetnych, w ogóle oceniać.

Z perspektywy czasu wiem, że źle to rozegrałam. Mogłam po prostu dotąd grać w ich grę, aż sami by mi tego psa oddali, i to jeszcze z pocałowaniem ręki. Wystarczyło umacniać w nich tę ich wiarę we własną szlachetność i sprawić, by uwierzyli, że szlachetniej będzie psa oddać niż więzić. A tak, co zyskałam? Poczucie bycia bardziej szlachetną od nich? Żenada. Własna pycha przesłoniła mi cel. Złoty został więźniem na zawsze, a ja wypadłam z gry. I już nie mogę mu pomóc. Rzecz w tym, że ja nie umiem grać, że gry, gierki i giereczki są dla mnie przeciwieństwem komunikacji, przeciwieństwem tworzenia relacji i pożywką do rozbudowywaniem iluzji.

Wcale nie mam ochoty umacniać poczucia szlachetności, jakiegoś dupka, który więzi członka rodziny. Nie chcę, żeby się dobrze czuł, chcę żeby się czuł współmiernie paskudnie do tego jak się zachowuje. A czasem nawet chętnie zafundowałabym mu miesięczne wczasy w tym luksusowym boksie z pełną miską, by poczuł się równie docenionym członkiem rodziny, co jego pies!!!

Niemniej mając w pamięci straconą szansę na ratunek dla golden retrievera dawnych „znajomych”, tym razem sprawę z czekoladowym psiakiem postanowiłam rozegrać inaczej. Tym razem, gdy pisałam list do właścicielki tego sympatycznego kłapouchego kundla schowałam emocje i pychę w kieszeń, i napisałam tak...

CDN
Trwa ładowanie komentarzy...